Somalijski podatek od handlu

Roczne koszty piractwa u wybrzeży Somalii wynoszą blisko 7 miliardów dolarów, z czego 80% ponoszą przedsiębiorcy, w tym armatorzy. Wyższe koszty wynikają m.in. z konieczności zwiększenia prędkości z jaką statki handlowe przepływają przez zagrożone atakiem wody, wynajmowania firm ochroniarskich, uzbrajania statków w podstawowe środki antypirackie jak druty kolczaste czy tworzenie tzw. cytadel, czyli ufortyfikowanych stanowisk, w których załoga może bezpiecznie przeczekać atak do przybycia odsieczy. W ostatecznym rozrachunku większość kosztów ponoszą konsumenci towarów, które nieprzerwanym strumieniem płyną na Zachód z azjatyckiej fabryki świata.

Piractwo kwitnie nie tylko u wybrzeży Somalii. Problemy tego typu występują także na wodach wokół Nigerii czy Gwinei, w Cieśninie Malakka oraz wzdłuż peruwiańskiego i kolumbijskiego wybrzeża. Jednak największe koszty wywołuje aktywność piratów somalijskich. W ubiegłym roku dokonali oni ponad 150 ataków, z czego 25 było udanych, tzn. zakończonych przejęciem kontroli nad statkiem i porwaniem załogi.

Somalijscy piraci atakują na nie tylko w bezpośrednim pobliżu swojego wybrzeża, lecz również setki kilometrów w głąb Oceanu Indyjskiego. Opanowali wrota do Kanału Sueskiego, czyli Zatokę Adeńską, kontrolując wody pomiędzy Somalią a Jemenem. Jak to się mogło udać? Połączenie słabych i biednych państw (Somalia - brak rządu od 1991 roku, Jemen - państwo na skraju wojny domowej) oraz kreatywności miejscowej ludności oraz ogromne pieniądze z okupów sprawiło, że piractwo kwitnie.

Unia Europejska, NATO i kilkanaście państw spoza tych organizacji, w tym Chiny, Indie, Singapur czy Republika Korei wysłały w pobliże Somalii swoje okręty wojenne, aby przywrócić bezpieczeństwo kluczowemu dla światowej gospodarki szlakowi handlowemu z Azji do Europy. Wszystko to jednak za mało, ponieważ obszar do patrolowania jest potężny, okrętów nie jest zbyt wiele, a piraci szybko się uczą. Dysponują coraz lepszym sprzętem, w tym okrętami matkami, z których spuszczają szybkie łodzie motorowe celem przypuszczenia szturmu na wybrany okręt. Posługują się często najnowocześniejszą techniką, korzystają z łączności satelitarnej i radarów. Obok prymitywnych grup, które posiadają tylko motorówki, kałasznikowy i granatniki przeciwpancerne istnieją zaawansowane grupy, atakujące konkretne cele, a nie byle jakie statki handlowe czy prywatne jachty.

Rozwiązanie problemu piractwa nie leży na morzu. Rozwiązania należy szukać na somalijskim lądzie. Trzeba rozgromić piratów w Somalii, niszcząc ich bazy i eliminując fizycznie. Oznacza to przeprowadzanie nalotów, ataki samolotów bezzałogowych oraz operacje sił specjalnych. Niestety, to wszystko może okazać się tylko krótkotrwałym rozwiązaniem. Nie wątpię, że w miejsce zniszczonych grup pirackich pojawią się nowe, a ataki nie ustaną. Bieda, brak perspektyw i szansa na szybki zarobek skuszą następnych kandydatów na piratów.

Potrzebne jest zatem rozwiązanie polityczne, które pozwoli na społeczno-gospodarczą odbudowę Somalii. Na to się jednak nie zanosi. Kraj nadal jest pogrążony w wojnie domowej i rozrywany przez rozmaitych watażków, klany i islamistów. Stabilizacyjne siły Unii Afrykańskiej liczą już kilkanaście tysięcy żołnierzy, a znaczna część kraju znajduje się poza kontrolą federalnego rządu. Nawet stolica, Mogadiszu, nie jest w pełni kontrolowana przez władze i afrykańskie wojsko. I choć połączone siły rządowe i Unii Afrykańskiej zadają kolejne ciosy islamistom, odbierając im miejscowości i niszcząc ich bazy, nie widać perspektywy szybkiego zakończenia konfliktu.

Somalia pozostaje oazą bezprawia i rajem dla wszelkiej maści ludzi spod ciemnej gwiazdy. Istnienie takiego miejsca coraz więcej kosztuje pozostałe państwa. Zachodni konsumenci płacą drożej za importowane towary, a sąsiedzi Somalii cierpią z powodu niestabilności w tym państwie. Dlatego też Kenia zdecydowała się w listopadzie ub.r. wysłac wojsko do Somalii i zrobić porządek z tamtejszymi islamistami z al-Shabab. Kenia dobrze rozumie, że nie wykorzysta potencjału rozwojowego (turystyka, handel, inwestycje zagraniczne), jeśli z północy nieustannie będą jej zagrażać fale uchodźców i uzbrojone po zęby grupy islamistów bądź somalijskich watażków.

Ściskając w ręku podkoszulek wyprodukowany w Chinach czy Bangladeszu bądź oglądając telewizor z Republiki Korei powinniśmy pamiętać o tym, że w jego cenie uwzględniono somalijski podatek od handlu. Wszystko wskazuje na to, że podatek ten będzie rósł.

Piotr Wołejko
Trwa ładowanie komentarzy...