O autorze
Jestem absolwentem prawa na Uniwersytecie Warszawskim, ekspertem ds. międzynarodowych i stałym współpracownikiem tygodnika "Polska Zbrojna". Interesuje mnie praktycznie wszystko co dzieje się poza granicami naszego kraju. Specjalizuję się w problematyce bezpieczeństwa międzynarodowego, geopolityce i sprawach globalnych. Od grudnia 2006 roku prowadzę blog Dyplomacja, jestem także założycielem portalu PolitykaGlobalna.pl

Opisywane wydarzenia analizuję z punktu widzenia realistycznej teorii stosunków międzynarodowych, a za wzór stawiam sobie postaci takie jak Kenneth Waltz, John Mearsheimer czy Stephen Walt. Patrzę na świat i relacje międzypaństwowe pragmatycznie i daleki jestem od idealizowania. Na blogu będę zmieniał kraje i kontynenty niczym rękawiczki, zawsze pisząc o wydarzeniach ważnych, chociaż niekoniecznie znajdujących się aktualnie na czołówkach największych mediów.

Nie wybrać Romneya

Tegoroczne prawybory republikańskie w Stanach Zjednoczonych są wyjątkowe dlatego, iż od początku toczą się w kontrze do Mitta Romneya, głównego kandydata, który najpewniej ma największe szanse na pokonanie urzędującego prezydenta Baracka Obamy. Dzisiejsze głosowania w 10 stanach, tzw. superwtorek, mogą wreszcie zakończyć dość komiczną próbę powstrzymania byłego gubernatora Massachusetts. Ale nie muszą.

Dlaczego Romney, spośród obecnego republikańskiego peletonu, ma największe szanse na pokonanie Obamy w listopadowych wyborach? Jest on kandydatem centro-prawicowym, o dość umiarkowanych poglądach na zagadnienia społeczno-gospodarcze (choć teraz musi pozycjonować się na konserwatystę z pokolenia na pokolenie). Wielokrotnie zarzucano mu, iż w kluczowych sprawach zmieniał zdanie bądź był niewyraźny. Zarzuty były jak najbardziej uzasadnione. Mitt nie czyni jednak z pragmatyzmu wady. Jest on jego bodaj największą zaletą.



Jego umiarkowanie może zachęcić wyborców niezależnych, a to 30-40% ogółu elektoratu, do poparcia republikańskiego kandydata na prezydenta. I to zaledwie cztery lata po zakończeniu katastrofalnych rządów Georga Busha juniora, którego spuścizna to dwie rozgrzebane wojny, epokowy kryzys finansowy oraz fatalne relacje z większością państw świata. Gdyby ktoś cztery lata temu powiedział, że republikanie mogą wrócić do Białego Domu po jednej kadencji demokraty, większość komentatorów wysłałaby go na konsultacje do psychologa. Co najmniej.

Kryzys finansowy okazał się jednak dłuższy i boleśniejszy dla zwykłych Amerykanów, niż przewidywano w 2008 roku. Bezrobocie co prawda delikatnie spada, jednak nadal jest wysokie (ok. 9 proc., a rzeczywiste może być dwukrotnie wyższe), a rozwarstwienie społeczne wywołuje powszechne niezadowolenie. Obama nie może już zwalać winy za stan gospodarki na poprzednika, a obywatele wystawiają mu rachunek. Jeśli w listopadzie Obama przegra, pokona go bardziej stan gospodarki niż republikański rywal.

Jednak w przypadku wybrania innego kandydata niż Romney, szanse republikanów będą - nawet przy kiepskim stanie gospodarki - iluzoryczne. Tak jednoznacznie określający się ideowo ludzie jak Rick Santorum, aktualnie główny rywal Romneya, Newt Gingrich czy libertarianin Ron Paul są nie do przyjęcia dla ogółu społeczeństwa. Dlatego poszukiwanie konserwatywnej, a najlepiej ultrakonserwatywnej alternatywy dla Romneya jest strzałem republikanów we własną stopę.

Zagraniczna agenda Romneya

Z punktu widzenia polityki zagranicznej Romney zapowiada istotne zmiany. Przede wszystkim rysuje przed wyborcami i światem perspektywę wojny handlowej z Chinami, które zamierza ukarać za manipulowanie kursem waluty (juan) i pomoc publiczną dla przedsiębiorstw, co czyni chiński eksport wyjątkowo konkurencyjnym. Realizacja zapowiedzi Romneya może oznaczać globalne załamanie gospodarcze, bo wątpliwe jest, by Chiny ugięły się przed żądaniami administracji Romneya. Tym bardziej, że same przejdą na przełomie obecnego i przyszłego roku wymianę kierownictwa, a nowi władcy Chin nie zechcą wyjść już na starcie na mięczaków.

Romney chce też jeszcze bliższych stosunków z Izraelem. Wielce prawdopodobne, że - o ile do tego czasu Izrael sam tego nie zrobi - wyda rozkaz ataku na irańskie instalacje nuklearne. To również będzie równoznaczne z tąpnięciem gospodarczym na wielką skalę, gdyż ceny ropy poszybują do rekordowych poziomów.

Jak się okazuje, zwycięstwo Romneya w listopadzie może być kosztowne także dla Polaków. Może więc powinniśmy trzymać kciuki za Santoruma, aby jak najdłużej walczył z Romneyem i osłabiał jego konserwatywny image.

Z drugiej strony, przedwyborcze zapowiedzi mają za zadanie zadowolenie poszczególnych grup wyborców, a po przekroczeniu progu Białego Domu wielu polityków tonowało swoje stanowisko. Znany ze zmiany zdania Romney nie byłby więc pierwszym politykiem, który jedno mówi jako kandydat na prezydenta, a zupełnie co innego jako prezydent.

Mimo wszystko trzymam kciuki za Obamę, który całkiem nieźle daje radę. I powinien poradzić sobie z Romneyem, który tylko na tle swoich republikańskich rywali wydaje się naprawdę mocnym kandydatem.

Piotr Wołejko
Trwa ładowanie komentarzy...