Irańskie zagrożenie? Śmiechu warte

Wojenny taniec wokół Iranu trwa w najlepsze. Każdego roku powraca temat irańskiego programu atomowego i rzekomego skonstruowania przez Teheran bomby atomowej. Odgrzany irański kotlet nadal jest jednak na medialnej tapecie, zamiast zniknąć w otchłani bardziej chwytliwych tematów. Czy oznacza to, że w tym roku wreszcie nastąpi atak na irańskie instalacje nuklearne?

Opisywanie relacji w trójkącie Iran-Izrael-Stany Zjednoczone jest przygnębiające. Po pierwsze dlatego, iż w mediach pisze się o tym w zupełnie nieracjonalny sposób. Zamiast rzetelnych informacji i wyważonych komentarzy, serwuje się czytelnikom/słuchaczom/widzom propagandę w najczystszej postaci. W tej narracji Iran to główny wróg, serce osi zła, kraj szaleńców, którzy chcą unicestwić świat i czym prędzej dołączyć do 72 hurys czekających na nich w niebie z woli Allaha.

Po drugie, co bezpośrednio wynika z pierwszego, pusty śmiech ogarnia, gdy najpotężniejsze państwo świata (USA) i kraj posiadający jedną z najlepszych i sprawdzonych w boju armii (Izrael), posiadające tysiące głowic atomowych (z czego Izrael posiada, choć publicznie się do tego nie przyznaje, nawet 200 sztuk), obawiają się Iranu. Kraju, który boryka się z poważnymi problemami gospodarczymi - wysoka inflacja i bezrobocie, w szczególności wśród młodzieży - i społecznymi (niezadowolenie z reżimu, które doprowadziło do protestów w 2009 roku) i który jest graczem z zupełnie innej ligi. Iran co prawda prezentuje się jako regionalne, bliskowschodnie mocarstwo, z radością ogłasza kolejne przełomy technologiczne i prezentuje coraz to nowe rakiety, jednak takie pokazy siły (poza oczywistym skierowaniem do obywateli, by czuli dumę ze swojego kraju i swoich władz) to w rzeczywistości pokaz słabości, a także klasyka gatunku w przypadku autorytarnych (a także totalitarnych) reżimów.

Jakkolwiek by nie porównywać, Iran nie ma z Izraelem, a co dopiero ze Stanami Zjednoczonymi, żadnych szans. Dlatego nie będzie dążył do otwartego starcia, gdyż oznaczałoby ono jego klęskę. A jak pokazuje historia irańskiej teokracji (od rewolucji w 1979 roku), władze w Teheranie podejmują decyzje w oparciu o racjonalne przesłanki i nie dążą do samounicestwienia. Jeśli chodzi o zastosowanie asymetrycznych środków walki, jak wykorzystywanie organizacji terrorystycznych (Hamas, Hezbollah, ugrupowanie Muktady as-Sadra w Iraku), to owszem, chętnie, ale konflikty z udziałem tychże "satelitów" toczą się poza granicami Iranu. Nie jest to też nic więcej ponad podszczypywanie przeciwników, odwracanie ich uwagi i zmuszanie do wykorzystywania ograniczonych przecież zasobów do zajmowania się drugorzędnymi sprawami.

Mamy więc dość słaby Iran, który chciałby więcej znaczyć w regionie, ale w obecnej izolacji międzynarodowej mu to nie grozi, oraz potężny Izrael i Stany Zjednoczone. W takich właśnie realiach izraelski premier odwiedza Biały Dom i, w przekazie medialnym, stawia Barackowi Obamie ultimatum - obiecaj solennie, iż zaatakujesz Iran, inaczej to my go zaatakujemy. I może tak rzeczywiście postawił sprawę, gdyż władze Izraela, a zwłaszcza te wywodzące się z prawicy, mogą w USA czuć się bardziej u siebie niż w samym Izraelu. Jak dziś pamiętam sytuację z zeszłego roku (też z marca, o ile dobrze pamiętam), gdy premier Netanjahu przemawiał przed połączonymi izbami Kongresu. Podczas wystąpienia, w którym atakował prezydenta Obamę i jego propozycje dot. konfliktu izraelsko-palestyńskiego, kilkadziesiąt razy przerywała mu... owacja na stojąco. Można było odnieść wrażenie, że Netanjahu przemawia na wiecu partyjnym Likudu (swojej formacji politycznej).

Izrael tłumaczy, że Iran zagraża jego istnieniu, a program atomowy jest obliczony na wymazanie Izraela z mapy. Rozumiejąc obawy Izraela (każde państwo walczy o przetrwanie i zapewnienie sobie największego bezpieczeństwa), należy zwrócić uwagę na inne niż atak możliwości. O ile kolejne rundy sankcji nakładanych przez Zachód na Iran nie powstrzymują programu atomowego, to gwarancje bezpieczeństwa i znana z czasów Zimnej Wojny doktryna powstrzymywania mogą zapewnić regionalne bezpieczeństwo. Izrael posiada broń A i może zapewnić je sobie sam, natomiast USA mogą objąć parasolem ochronnym arabskie (sunnickie) kraje regionu i ochronić je przed ewentualnie agresywnym Iranem. Warto też pamiętać, że kraj posiadający broń A jest zazwyczaj mało chętny do jej użycia, zdając sobie doskonale sprawę z konsekwencji takiego czynu. Dlatego udało się utrzymać w ryzach napięcie amerykańsko-sowieckie. Skoro to się udało, to można śmiało zakładać, że i Iran da się powstrzymać.

Tym bardziej, że - jak pisałem wyżej - irańskie władze podejmują decyzje w oparciu o racjonalne przesłanki i nie dążą do zniszczenia swojego kraju. Nie wiadomo nawet, czy chcą skonstruować głowicę atomową, czy tylko osiągnąć punkt, w którym mogłyby tego dokonać, gdyby zaistniała taka potrzeba (czyli posiadać możliwości takie jak np. Japonia). Ajatollahowie świadomie wykorzystują też program atomowy do osiągania wewnętrznych celów - skupiania wokół siebie społeczeństwa (zagraniczni wrogowie sprzysięgli się przeciwko nam, nie chcą dopuścić do rozwoju technologicznego, zagrażają naszej suwerenności i dumie), a być może liczą nawet na ograniczony atak, który umocni ich rządy (zagrożenie zewnętrzne konsoliduje obywateli wokół władzy).

Może zamiast bomb zaoferować Irańczykom wizy? Wojna jest ostatecznością. Nie wątpię, że Izrael może doprowadzić do wojny, jednak warto pamiętać, że oznacza to spore koszty. A główny cel, czyli powstrzymanie postępów programu nuklearnego, nie zostanie na 90% osiągnięty. Irańskie instalacje są rozproszone, niektóre z nich ukryte głęboko w ziemi lub w zboczu gór, a zniszczenie instalacji nie spowoduje, że zdobyte dotychczas wiedza i doświadczenie wyparują. Najpewniejszym scenariuszem w przypadku ataku na Iran będzie krótkotrwały chaos, głównie gospodarczy. Zyski polityczne i militarne są iluzoryczne.

Piotr Wołejko
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Iran
Trwa ładowanie komentarzy...