O autorze
Jestem absolwentem prawa na Uniwersytecie Warszawskim, ekspertem ds. międzynarodowych i stałym współpracownikiem tygodnika "Polska Zbrojna". Interesuje mnie praktycznie wszystko co dzieje się poza granicami naszego kraju. Specjalizuję się w problematyce bezpieczeństwa międzynarodowego, geopolityce i sprawach globalnych. Od grudnia 2006 roku prowadzę blog Dyplomacja, jestem także założycielem portalu PolitykaGlobalna.pl

Opisywane wydarzenia analizuję z punktu widzenia realistycznej teorii stosunków międzynarodowych, a za wzór stawiam sobie postaci takie jak Kenneth Waltz, John Mearsheimer czy Stephen Walt. Patrzę na świat i relacje międzypaństwowe pragmatycznie i daleki jestem od idealizowania. Na blogu będę zmieniał kraje i kontynenty niczym rękawiczki, zawsze pisząc o wydarzeniach ważnych, chociaż niekoniecznie znajdujących się aktualnie na czołówkach największych mediów.

Afgański koszmar

Co najmniej szesnastu cywilów zginęło z rąk Amerykanów na afgańskiej prowincji pod Kandaharem na południowym-wschodzie kraju. Ostatnie tygodnie to samonapędzająca się spirala przemocy, wywołana spaleniem Koranu w amerykańskiej bazie w Afganistanie. W odwecie zginęło kilku żołnierzy ze Stanów Zjednoczonych, niektórzy z rąk afgańskich policjantów i żołnierzy. Czy przekroczona została masa krytyczna, a Afganistan pogrąży się w chaosie?

Bez względu na to, czy szesnastu cywili (w tym podobno dziewięcioro dzieci i trzy kobiety) zastrzelił jeden żołnierz, któremu puściły nerwy, czy strzelała grupa pijanych wojskowych, wydarzenie może wymusić wcześniejsze wycofanie sił USA (a przez to i całej zachodniej koalicji) z Afganistanu. Nienawiść do okupantów, bo tak - nie łudźmy się - traktuje się zachodnie wojska pod Hindukuszem, jest ogromna. Nie tylko nie chronią ludzi przed talibami, lecz sami - jak widać - stanowią zagrożenie dla cywilów. Do tego lekceważą miejscowe zwyczaje i tradycje (vide palenie Koranu).



Wydarzenia ostatnich tygodni pokazują, że zachodnie wojska (głównie amerykańskie) coraz bardziej muszą zajmować się sobą i własnym bezpieczeństwem, zamiast chronić Afgańczyków i zwalczać talibów. Zwalczanie jest zresztą iluzoryczne, gdyż trudno odróżnić talibów od nie-talibów. Przecież talibowie to w większości ludzie miejscowi, co najwyżej z pakistańskiej strony gór, ale jednak Pasztuni (największa grupa etniczna Afganistanu).

Coraz bardziej oczywiste staje się to, że w Afganistanie nie zostawimy po sobie niczego. Rząd Karzaja najpewniej zostanie rozpędzony na cztery wiatry, a szkolone przez blisko dekadę siły bezpieczeństwa - wojsko i policja - rozpierzchną się bądź przejdą na stronę talibów. Coraz bardziej widać też, że utrzymywanie końca 2014 roku jako terminu zakończenia okupacji Afganistanu jest bezsensowne. Nic przez to nie zyskamy, natomiast doprowadzimy do śmierci dziesiątek, jeśli nie setek żołnierzy, a także, najpewniej, setek lub tysięcy cywilów. Do tego wydamy miliardy.

Sytuacji już nie naprawimy. Nic nie odbuduje wiarygodności zachodniej koalicji. Przelano za dużo krwi, zmarnowano zbyt wiele czasu. Ogólnego obrazu nie poprawia fatalna administracja prezydenta Karzaja i jego lokalnych namiestników, którzy są do cna skorumpowani.

Na naszych oczach umiera koncepcja nation-building, budowania państwa od podstaw przez siły okupacyjne, która zyskała wielką popularność w latach 90. ubiegłego stulecia (Somalia, Bośnia, Kosowo, Timor Wschodni czy Irak - to tylko kilka przykładów). W większości przypadków budowanie państw zakończyło się fiaskiem. Somalia jest upadłym państwem już dwie dekady; Bośnia to komiczny byt państwowy, który nie poradzi sobie bez wsparcia zewnętrznego; Kosowo to Bośnia do sześcianu; Timor nadal jest jednym z najbiedniejszych państw świata, a w Iraku daleko do stabilności. Afganistan też się budowniczym nie udał. Nie będzie tu ani demokracji, ani prozachodniego rządu. Cytując za klasykiem, nie będzie niczego.

Czas, by w Waszyngtonie, Brukseli (NATO) i Warszawie elity rządzące przejrzały na oczy i podjęły jedyną słuszną decyzję - o niezwłocznym wycofaniu się z Afganistanu. Klęska okupacji będzie się tylko pogłębiać, więc należy ograniczać straty, zupełnie jak podczas inwestowania na giełdzie.

Piotr Wołejko
Trwa ładowanie komentarzy...